pamiętnik osobisty
wtorek, 15 maja 2012
Im bliżej lata , tym mocniej i niecierpliwiej tęsknię za słońcem , za rozedrganym powietrzem . Dotyk cienkiej materii bluzki , muskanie gołych nóg delikatnością spódnicy , to wręcz intymne doznania . Gorące powietrze otwiera skórę , zwielokrotnia jej wrażliwość , a łezka zapachu , którą muskam żyjące miejsce , rozkwita bujnie niczym tropikalny kwiat .
Każdy dotyk Jego dłoni daje wtedy efekt rzucenia kamieniem w spokojną taflę wody . Krąg się rozchodzi , fala goni falę , a ja niemal tonę nie dochodząc brzegu ...
Szarość podstępnie zawładnęła majowym czasem , przytłaczająca tak bardzo , że aż myśli nieruchomieją . Oglądam szare odcienie nadciągającego zmierzchu i coraz bardziej emigruję do wewnątrz . Przez rolety przesączają się jaśniejsze pasemka światła . Z daleka wyglądają jak srebrzyste kropki na prostokącie okna .
Zaraz poddam się nocy , ale zanim to nastąpi , sięgnę do miseczki z winogronami . Dotknę ich doskonałej obłości , przerwę ciągłość napiętej skórki .
Znad cienkiego szkła wypełnionego rubinowymi mirażami , uśmiecham się do mojego świata . Drzwi do niego zostawiłam uchylone ...
poniedziałek, 14 maja 2012
Snuję się bez sensu w różowym puchaczu . Słońce zalewa świat za oknem , ale mnie nie zmyli , bo wiem , że jest zimno . Muszę pojechać do skarbowego , bo źle wypełniłam pit synka malinka i musiałam zrobić korektę . Myślałam , że taka wspaniała jestem , a tu proszę ... Z pustego to i Salomon nie naleje , toteż schowawszy dumę do kieszeni , poprosiłam księgową o korektę . Zmęczona jestem po weekendzie . Boli mnie kręgosłup i dłonie mam pokłute po bliskim kontakcie z jałowcami japońskimi i innymi płożącymi typu green i gold . Było tego ponad dwadzieścia krzaczków i większa część niedzieli zeszła nam w plenerach na czynnościach ogrodniczych . Od jeziora wiało dość mocno i nagwizdało mi w uszy . Wiem , że marudzę , ale odkąd oczęta dziś otworzyłam , myślę tylko o tym , żeby nic nie robić , nigdzie nie wychodzić , zalęgnąć się w dresiku pod kocem i mieć wszystko gdzieś . Jest podejrzenie , że dodatkowo ciska mną niedopieszczenie , bo odkąd M. dostał wypowiedzenie ze szpitala , to całą parę wkłada w wylizywanie ambicjonalnych ran , tudzież reaktywowanie znaczących kontaktów w celu ewentualnego sensownego zatrudnienia gdzie indziej .
Dobra , zbieram się ... Oj , jak mnie dzisiaj życie booooooli ...!
wtorek, 08 maja 2012
Jestem nadzwyczajnie spokojną osobą , w każdym razie tak lubię o sobie myśleć . I jeśli wychodzę z siebie i daję tego wyraz w postaci głosu z wyraźnie przesuniętą granicą na skali emisji decybeli i szybkości wypowiadanych słów , to nie jest wina mojej mamusi , że zaniedbała moje wychowanie , ani moja , że gdzieś tam po drodze schamiałam . To zawsze jest wina zewnętrznych okoliczności . Zewnętrznymi okolicznościami tym razem okazał się remont u sąsiada , a konkretnie , ocieplanie domu , które jak wiadomo , dokonuje się z użyciem ogromnej ilości bloków styropianu . Najpierw kibicowałam i z życzliwością popatrywałam z okna na stawiane rusztowania , mając na uwadze , że wreszcie , że w końcu po tylu cholernych latach przestaną mi te gołe pustaki psuć estetykę widoku z osobistego okna , głównie kuchennego . Obstawiałam , jakiż to kolorek sobie sąsiedztwo na tych znienawidzonych pustakach zaprowadzi i nawet miałam swoje preferencje , którymi chętnie bym się podzieliła , gdyby ktoś zechciał zapytać , oczywiście . Potem w miarę , jak domostwo pokrywać się zaczęło styropianem , moja życzliwość malała . Codziennie zamiatałam jeden podjazd , drugi podjazd , wybieg psi i garaż też . Tam białych kulek , kuleczek , pyłków , sryłków było najwięcej . Potem białe szaleństwo zaczęło anektować coraz większą przestrzeń i wielkie obrzyny , tudzież pył miałam również z tyłu domu , na tarasie , rabatkach , trawnikach . Stamtąd wymieść je raczej trudno . Żebym przypadkiem nie pomyślała , że ocieplanie to pikuś , styropian miałam również w sypialni , na balkonie i na wszystkich parapetach , gdzie tylko okno było uchylone . No , ileż można sprzątać , ja się pytam ? Codziennie to samo , syf jak wszyscy diabli , a robota u sąsiada wlecze się jak włoski western . Uznałam więc , że okoliczności zewnętrzne wystarczająco mnie usprawiedliwiają i zaczęłam dyskusję o ekranach , foliach i innych wynalazkach , które znacząco redukują problem w takich sytuacjach . Ja o wysokiej technologii , a sąsiad o wietrze - zero porozumienia . Chyba przez jakiś czas nie będzie mi mówił ''dzieńdobry'' , a ja będę traktować go jak powietrze i pozwolę psu obsikiwać jego bramę wracając ze spaceru . Zaraz zaczynam pracę , nie zdążę posprzątać . Cholera , jaki syf wszędzie .
niedziela, 06 maja 2012
Po kruchym lodzie nie można konstruktywnie stąpać . Nie można też konstruktywnie myśleć , bo całe myślenie , to tylko gorączkowe , łomoczące w czaszce pytanie "załamie się , czy nie ...?!?" Ale gdy się już załamie , to owszem , można konstruktywnie myśleć , pod warunkiem , że od razu nie walnie się na zawał z powodu , dajmy na to , hipotermii . Moja bliska znajoma z Australii , o której kiedyś tu wspominałam , zwykła używać określenia " pierdolnąć na serce", co niezmiennie mnie rozbawiało i bardzo adekwatnie oddawało stan nagłości i zaskoczenia . To tak na marginesie . Pozostając przy w/w nomenklaturze , nie pierdolnęliśmy na serce , co jest okolicznością nader szczęśliwą w kontekście wydarzeń . Za to od konstruktywnego myślenia głowy nam pękają , ale póki nie pękną , dalej trzeba główkować . Tak się bowiem składa , że M. z końcem maja traci pracę w szpitalu , zresztą podobnie jak mój były i wszyscy inni lekarze - cała obsada dostała kwity z wypowiedzeniem . A na świecie maj i ciągle coś nowego kwitnie i pachnie . Taras w kwiatach , jak gdyby nigdy nic , a moje ramiona , plecy i nogi już apetycznie muśnięte słońcem . W ramach odstresowania zmusiłam wczoraj M. do czynnej pomocy przy sadzeniu pomidorków i ogórów . Wciągnął się tak bardzo , że sprawiał wrażenie , jakby wszechświat ograniczał się wyłącznie do palikowania sadzonek . Potem wyłuskałam mojego przystojniaka z nieśmiertelnych dżinsów i zmusiłam do wejścia do jeziora . Na początku miał minę kota wrzucanego do wody , potem wyglądało , jakby nie wiedział , co o tym myśleć , na koniec pogodził się z sytuacją . Hipotermii w każdym razie nie zaliczyliśmy , a wzmocnienie przyda się bardzo - w każdej postaci . Dziś dla odmiany świat zamglony i w wodnej zawiesinie . Purpurowe płatki pelargonii pokryte brylancikami kropli wyglądają urzekająco . M. na dyżurze ... A ja się leciutko wzmacniam . Leciutko . Słówka w przestrzeń wysyłam i o miłych mi osobach myślę ...
sobota, 21 kwietnia 2012
Kruchy lód nadal straszy lodowatą topielą , ale życie toczy się dalej - na szczęście . Zajmuje czas , myśli , stwarza wrażenie stabilności . Wstałam dziś bladym świtem , zeszłam na dół w uśpiony półmrok domu , odgrodzonego od nowego dnia zaciągniętymi roletami , cichego i bezpiecznego . Wypuściłam psa , który każdego ranka wita mnie tak , jakbym cudem jakimś wróciła z dalekiej podróży . Owionęło mnie rześkie , wilgotne , pachnące powietrze , w kałużach odbijało się błękitniejące niebo ... Szum czajnika i po chwili kuchnia wypełnia się aromatem kawy . Niespiesznie ją wypijam , układając pomału w myślach logistykę dzisiejszego dnia , zakupy , obiad z sistarsami u nas , być może przyjdzie też przyjaciółka Kasi , świętować z nami swój sukces - zaproponowano jej staż doktorancki i świetnie płatną pracę w Czechach . Nie pozwalam myślom zboczyć w rejony rozgoryczenia faktem , że moja córka nie ma szans na taką niespodziankę od losu , nie , dosyć zmartwień , i tak nie ucieknie się przed nimi , gdy przyjdzie czas . Piję kawę , słyszę oznaki budzącego się życia na górze i szykuję drugą filiżankę dla M. Biorę się za spokojne , sobotnie śniadanie . Zakrywam się szczelniej połami puchatego szlafroczka i uśmiecham na widok śladu na dekolcie . Zatapiam się z lubością w codzienności .
czwartek, 19 kwietnia 2012
Boli mnie . Zbyt gorliwie rano wyrywałam się do kuchni , żeby M. śniadanko uszykować i coś mi w lędźwie wlazło , o ile kobiety mają lędźwie , bo jakoś mi się to określenie z facetami kojarzy . Frykcyjne ruchy lędźwi , ot co . Śniadanko uszykowałam wdzięcznie pomykając po kuchni w różowym szlafroczku i dyskretnie gibiąc się na boki , w nadziei , że to , co krzywo się wstawiło , wyprostuje się mimochodem i pobolewanie zniknie jak ręką odjął. Nie znika . No , może troszkę . Za to serce mnie boli coraz bardziej i chyba mi pęknie , bo sił już na wszystko brakuje . M. dziś od rana na spotkaniu z dyrekcją , która w ramach wyciągania szpitala z długów , wpadła ostatnio na pomysł obcięcia poborów wszystkim zatrudnionym o dwadzieścia procent . Niedawno było spotkanie , na którym ordynatorzy oddziałów w imieniu całej obsady nie wyrazili zgody na powyższe działanie . Nieoficjalnie wiadomo , że albo dyrekcja zrobi coś konstruktywnego w kwestii , albo przestanie być dyrekcją , czego zapewne wolałaby uniknąć . Dziś idzie krok dalej i szantażuje , że albo te dwadzieścia procent , albo szpital będzie zamykany w obrębie określonych oddziałów , albo kompleksowo ... Nie wiadomo , czy najpierw dyrektor frunie ze stanowiska , czy doprowadzi do likwidacji . M. od rana był nieobecny duchem , a mnie serce pęka i ze względu na niego , i siebie . Nie wiem , co będzie , nie wiem . Patrzę w lustrze na swoją twarz , opuszkami rozprowadzam krem , czuję swoje palce jakby to był nie mój dotyk . Zaglądam w swoje oczy . Są zupełnie inne niż na fotkach sprzed lat , sprzed zdarzeń mniej i bardziej traumatycznych . Może nawet są ładniejsze . Może zawsze ładnieją, gdy przyszłość po raz kolejny jest niewiadomą , gdy serce pęka .
wtorek, 17 kwietnia 2012
Zaliczyłam wczoraj wizytę w urzędzie skarbowym i poprawiło mi to samoocenę , albowiem sama , tymi ręcyma i palcyma , wyliczyłam i wypełniłam pit mojego syneczka . Został przyjęty bez poprawek i szemrania , i wszystko wskazuje na to , że wyliczona przeze mnie kwota pięciu stówek zasili wkrótce kieszeń mojego dzielnego potomka . Ja liczę na zwrot z gruntu większy , ba ...! już wydałam niemal te pieniądze , chociaż o nich jeszcze nie słychać . Moją samoocenę podniósł tez zakup wysoce specjalistycznych pędzelków - jednego płaskiego do cieni , pędzla do różu i pędzlicha do pudru . Będę teraz specjalistycznie pacykować się , coby podciągnąć się na urodzie w ten czas wiosenny . Tak coś czuję , że moje poczucie wartości bardzo zyskałoby w nowych szpilach i rurkach siedem ósmych , ale Bałtykgaz ma inne plany na zagospodarowanie moich pieniędzy . Dlaczego to cholerne ogrzewanie kosztuje takie koszmarne pieniądze w skali roku ?!?!? Moja samoocena , tak czy inaczej , potrzebuje jeszcze jakiegoś wzmocnienia , bo z lekka przydeptana ostatnio się poczułam . Na własne zresztą życzenie , albowiem podzielam i współdzielę pasję M. dotyczącą psów , w końcu status hodowców mamy oboje . Wracając z podróży z miasta mego rodzinnego , zahaczyłam o Radom , w którym to spotkałam się z bardzo miłym panem , który dowiózł mi tam zapłaconego już uprzednio przez internet , uroczego , czarno-białego borzoja , czyli charta rosyjskiego . Psów mamy oboje sporo , ale jakoś tak zazdrosna o nie się robię ostatnimi czasy . Mówię sobie "głupiaś ty" , ale ugruntowuje się we mnie przekonanie , że brak przepastnych , wiernych oczu , jedwabistej sierści , merdającego ogona i gotowości do wypełniania każdego polecenia , spycha mnie na zaszczytne miejsce zaraz za sforą psów . I tak sobie myślę , że skoro mam tam swoją okopaną i ugruntowaną pozycję , to chciałabym się w niej , na pociechę , nieźle jakoś prezentować - nowe szpilusie pasują mi do tej wizji , jak ulał ... Tyle się naczytałam i nasłuchałam na temat facetów z pasjami , że za eksperta mogę robić . W teorii jestem znakomita . Niech mi jeszcze ktoś powie , jak skutecznie radzić sobie z własną zaborczością , nieprzepartą chęcią bycia namberem łan i rodzącą się zazdrością o czas poświęcany kudłatej pasji ...
środa, 11 kwietnia 2012
Już po . Po jajeczkach , po ciastach i mięskach , już to zjedzonych , już to zamrożonych - tak mi się ta archaiczna składnia pod palce cisnęła ... Obrusy w koszu czekają na turę prania , ozdóbki popakowane i zahibernowane na strychu na kolejny rok . Dobrze było , gościnnie , gwarno i radośnie . W poniedziałkowe późne popołudnie hitem było zmywanie przez M. fury naczyń , mimo iż zmywarkę miał pustą , zwartą i gotową . Mój osobisty Alain Delon - zawsze będę napawać się tym podobieństwem , choćbym tylko ja je dostrzegała - w zielonym fartuszku w kwiatki , był kwintesencją męskości i nieodmiennie działał mi na zmysły . Zmywanie zgromadziło nas wszystkich w okolicach zlewozmywaka . Ja wycierałam i wydawałam dyrektywy , gdzie ma być schowane i podawałam rzecz sistarsowi . Na zasadzie " un unemu'' każda łyżeczka i talerzyk przechodziły przez siedem par rąk , by na końcu łańcucha trafić w ręce Kasi gimnastykującej się od najniższej do najwyższej półki kredensu. Realizowaliśmy się przy tym wokalnie , albowiem Konrad na dobre zmywanie włączył nam swoją ostatnio ulubioną składankę LUBE . Do tradycji wielkanocnej ma się to nijak , ale wszyscy ochoczo intonowaliśmy po rosyjsku , tym bardziej , że wszyscy radzimy sobie w tym języku , łącznie z młodym pokoleniem . Niejako zdziwieni sytuacją powstałą ad hoc , popatrywaliśmy na siebie pytająco , by w końcu porzucić ewentualną niepewność i rozpuścić płuca na całego . Po dwóch , trzech kawałkach byliśmy tak wkręceni w wokalne występy , że bez mała , mogliśmy śpiewać na głosy solo . Wielkanocna rodzinna integracja była na tyle absorbująca , że chyba skutecznie zagłuszyła moje rozczarowanie wyjazdem sobotnim do rodzinnego miasta . Myślałam , że powiększę swój stan posiadania w kwestii rodziny o odzyskaną po latach siostrę mojej Mamy , niestety , nie stało się tak ...
Posłuchajcie , czyż to nie piękne ? http://www.youtube.com/watch?v=lewjWBHsJX0
czwartek, 05 kwietnia 2012
Wyjadę jutro w nocy . Wyjdę z pustego domu , nie pożegnana , nie przytulona , nie pocałowana . M.będzie na dyżurze . Wrócę w sobotę w nocy i padnę przy nim na resztę ciemności za oknem , a gdy rano się obudzę w świąteczny , niedzielny ranek , jego znowu nie będzie ... Myślałam o tej nieustannej przeplatance dziś w nocy . Przedziwnej kompilacji tęsknoty , egoistycznego , leniwego zadowolenia i ledwie uświadamianej irytacji , że życie mi schodzi na Braku . Myślałam o tym , wsłuchując się w oddech M. , czując pod swoim udem drgnienia mięśni jego nogi . Wędrowałam lekkim dotykiem , rozpoznając znajome niedoskonałości skóry , tu pieprzyk , tam blizna na prawej piersi ... Noc kieruje myśli w nieoczekiwane rewiry . Zaczęłam sobie wyobrażać , jaka byłaby reakcja M. gdybym nie wróciła ...? On , zawsze wyważony , opanowany , skryty - czy cierpiałby , jak cierpiałby ...? Półsenne dywagacje rozmywały się w uścisku ramion śpiącego mężczyzny . Dużo mi nie powie . Dziś wieczorem weźmie moje auto , pojedzie na stację , zatankuje do pełna , sprawdzi olej . A w sobotę od wczesnego ranka będą mnie gonić po Polsce jego smsy . W nich powie więcej . Wiem to .
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
...z którą wiąże mi się masa dobrych wspomnień z dzieciństwa i wczesnej młodości , miała zawał serca w sobotę . Dobre wspomnienia urwały się w momencie mojego zamążpójścia , które jakoś tak w przedziwny sposób całą rodzinę zreorganizowały na nowo w nieoczekiwany , chory sposób . Zbyła milczeniem moje małżeńskie przejścia , również rozwód i to , co po nim . Teraz mnie wzywa. Jadę . Wyjeżdżam w piątek między trzecią a czwartą rano i nakręcam na koła trzysta siedemdziesiąt kilometrów w jedną stronę . Potem , korzystając z bytności w mieście moim rodzinnym , sprzątam i rozświetlam płomyczkami groby babci i rodziców . I rzucam się w drogę powrotną gdzieś koło szesnastej .
Już mnie zaczyna zżerać stres .
środa, 28 marca 2012
Moje "ja" leży sobie spokojnie na gałęzi i majta ogonem pozostającym w zwisie swobodnym .Gałąź jest bogato ulistniona , mocna , wygodna i roztacza się z niej wspaniały widok na zalaną słońcem okolicę . Drapieżników brak , więc moje "ja" przymyka z lubością oczy i wsłuchuje się w szmer listowia . Moje "ja" nie chce przyjąć do wiadomości , ze znowuż jakieś święta nadchodzą i trzeba z tej gałęzi zleźć i konstruktywnie to i owo zaplanować . Póki co , okna są pomyte i dojrzewa we mnie pomysł na stroik świąteczny , do którego potrzebować będę kilka malutkich buteleczek . Trzeba je gdzieś kupić. Co na to moje "ja" ... ?Ostatecznie mogę poprzestać na skorupkach jajek , w których wyrośnie sobie rzeżucha i inne fajne zieloności , zieloności , zieloności ... Słyszę brzęczenie najprawdziwszej pszczoły . Mąci ono niedoprecyzowaną wizję sernika , cygana , strucli , tudzież może ... mięska jakiegoś ...? Finezyjny trel kosa uspokaja nagłe poruszenie i chaos w moich myślach . Moje "ja" nadstawia drugi policzek pod pieszczące słoneczne ciepło . Tak tu zacisznie i ciepło na tym tarasie , na rozłożonym leżaczku ....
niedziela, 25 marca 2012
… i wszyscy , w tym M. pogrążeni są w swym spokojnym oddychaniu , ja wkładam dresik , adidaski i biegnę sobie przez uśpione domkowo w kierunku pól . Nie robię tego często , ale zdarza mi się , szczególnie w wiosenne i letnie dni . Akumuluję rześkość powietrza , zapach ziemi , rejestruję pierwsze zapowiedzi słońca na niebie , zmieniający się poziom mgieł . Wszystko to pozostaje w pamięci , gdy lenistwo lub szarość i czerń za oknem skutecznie zniechęcą do wyjścia . Takie polatanie sobie bladym świtem ma też wartość terapeutyczną . Mogę sobie na spokojnie przemyśleć sobotnie spotkanie z bardzo wymagającymi znajomymi i ucieszyć się , że już po , wysiłkiem mięśni rozładować stres związany z niedzielnym , towarzysko-biznesowym spotkaniem z prawnikiem , w sprawach M. Mogę też zabiegać na śmierć niechęć do pewnego młodego , zakolczykowanego człowieka , od jakiegoś czasu zaistniałego w życiu Kasi … Wybiegam z domkowa w pola , drogą , którą chodzę na spacery z psami . Tym razem mam przy sobie komórkę i widok , który widzę , gdy patrzę z oddali na swoje osiedle , nastraja mnie artystycznie . Chcę uwiecznić , budzące się słońce , podnoszące się obłoki mgły … i chcę Wam to pokazać . Zupełnie nie wiem , czy mi się to uda , a moment dodania fotek zbliża się nieuchronnie . Po szeroko zakrojonych , porannych konsultacjach z moją córką , mniej więcej wiem , jak to zrobić . Mniej więcej . W okolicach malowniczej wieży ciśnień stoi mój dom , w którym spokojnie sobie śpi M. i pojęcia nie ma , że mnie nie ma … A to jest strumyk , w którym moje psy uwielbiają brodzić w upalne dni i wtedy wracają ze spaceru ociekające wodą , ukurzone , upieszczone i nieziemsko szczęśliwe .
czwartek, 15 marca 2012
Wierzę , wierzę ,że będzie tak , jak mówią w prognozach wdzięcznie uśmiechnięte i dopracowane pogodynki tudzież szołmen Zubilewicz i wyż Guliwer zmierzający z Francji dopieści mnie ciepełkiem już w ten weekend . M. ma dyżurową dwudniówkę sobotnio-niedzielną , a ja zbojkotuję cotygodniowy obiad u sistarsów , w domu też nic nie ukucharzę . Całą sobotę spędzę przy rekultywacji terenów zielonych , wykonując prace typu"w domu i w zagrodzie" - w tym wypadku tylko w zagrodzie . Będę grabić , zbierać , wyrywać , przycinać , siać , wsadzać i przesadzać . W międzyczasie rozwieszę ze dwa prania na ogrodowej suszarce i będę wdychała przywiane wiaterkiem aromatyczne drobiny płynu do płukania marki Silan . Potem - pewnie to będzie późne popołudnie - zrobię sobie gorącą kąpiel , umyję włosy i zmyję swoje karminowe ( ostatnio się doładowuję czerwienią na pazurkach ) zdewastowane paznokcie . Wskoczę w świeżo wyprany , pachnący powietrzem dresik , zrobię sobie aromatyczną herbatę , a potem zaanektuję kanapę z ciastem czekoladowym z wiśniami na talerzyku ( acha - czyli jednak będę musiała ukucharzyć wcześniej ) i książką w ręku ... We wsi powiadają, że grille odpalać w weekend będą . Nareszcie !!!
wtorek, 13 marca 2012
Tym razem optymistycznie . Siedzę sobie sama w tę noc - klasyka tematu , ale oczywiście , nie stąd ten optymizm . Oświeciło mnie , że właśnie mija rok od dnia , w którym zamieściłam pierwszy wpis na swoim blogu . Pamiętam swoje wahanie ,niepewność , rozważanie , czy nie usunąć postu już opublikowanego , dziwnie obcego , żyjącego swoim wirtualnym życiem na ekranie laptopa . Pamiętam swoją lekką panikę , gdy zaczęły pojawiać się pierwsze komentarze i swoją nieporadność w poruszaniu się w labiryncie blogosfery . Nie żałuję ... Może tego , że tak późno się zdecydowałam . Polubiłam w tym zakątku wiele osób , wiele blogów poruszyło mnie swoją literackością , poetyką , zaskoczyło skojarzeniami , zachwyciło humorem . Weszłam w Waszą codzienność i poczułam się w niej , jeśli nie domownikiem , to mile widzianym gościem . Z trzema osobami nawiązałam kontakt prywatny , owocujący wyższymi rachunkami za telefon ;)
Zaczynam serialu sezon drugi :)))
poniedziałek, 12 marca 2012
To lekka , nieszkodliwa , ale jednak fobia M. Jego mama , ojciec i siostra matki zmarli dokładnie tego dnia , choć w różnych latach . Niesamowite . Byliśmy wczoraj na cmentarzu , dzień był nasycony słońcem . Staliśmy podziwiając stroik z żółtych róż , który wyszedł mi nadzwyczaj pięknie . Wystawialiśmy twarze na grzejące promienie . Było cicho , pusto i tak jakoś nierealnie . M. trzymał mnie za rękę . Mówił , że się boi tej daty . Ja też .
środa, 07 marca 2012
Tak przynajmniej twierdzi moja córka . Nie wiem , jak oceniać jej rozeznanie w tym temacie i czy w jej skali haterstwa jestem takim sobie malutkim hatecikiem , czy wielkim , pękatym hateciuchem . Pewnie jakimś tam jestem , chociaż osobiście pewnie bliżej mi do smurfa Marudy . Rzeczy , osób , zjawisk , których nie cierpię , jest cale mnóstwo i chyba , z dnia na dzień coraz więcej . Trudno byłoby je tutaj wyliczać , a pewnie na zasadzie kontrastu , krócej trwałoby wyliczenie tych , które lubię . Ale - dla przykładu - powiem o ciasteczkach Oreo , na widok których na półce sklepowej już mnie boli brzuch . Nie kupuję idei lizania ciasteczka , klejenia go na pluja i następnie moczenia w szklance z mlekiem , po prostu nie ! Nie kupuję idei , ciasteczek też nie . Jedyne , co kupuję w związku z tym produktem , to powiedzonko :"kochaj mnie jak ciasteczko Oreo ", chociaż nawet nie wiem , skąd to do mnie przyszło . Generalnie nie cierpię reklam , z wyjątkiem serca i rozumu , kończąc temat . Poza tym nie cierpię aktualnie nam panujących , topowych aktorów i aktorek , głównie serialowych , bo to znak czasów teraz . Niemal wszystkich . Nie cierpię też wszystkich Kammelów , Ibiszów , Janiaków , Pajacyków i innych popaprańców , od których aż roi się ledwie człowiek pyknie tv . Zaczynam nie cierpieć TVN24 , gdzie 24h , non stop międlą tę samą papkę informacyjno-opiniotwórczą i zatykają nią ostatnie szare komórki zdolne do samodzielnego myślenia . Nie cierpię Pieńkowskiej i Rusinowej , i Młynarskiej , i ...
No dobra . Mogę sobie być haterem . Lubię to .
poniedziałek, 05 marca 2012
Patrzę sobie na moją córkę już drugi , czy trzeci tydzień i pomału przywykam , ze jest . Może się to okazać nieco na wyrost , bo decyzja o wyjeździe może zapaść lada dzień . Ale to tak na marginesie... Tymczasem patrzę sobie na tę osóbkę w rozkwicie świeżej kobiecości i różne myśli przychodzą mi do głowy . Różne , dziwne , ale całkiem bezpieczne , bo już nie do zrealizowania. Myślę sobie na ten przykład , że będąc młodą dziewczyną , za nic nie spieszyłoby mi się do stworzenia regularnego związku , pobłogosławionego potomstwem tym bardziej . W ogóle nie chciałabym związku pobłogosławionego ani przez pana , czy panią w takiej , czy innej urzędowej sukience . Z dziecka jednakowoż chyba bym nie zrezygnowała , ale rozmnożyłabym się w tzw ostatniej , biologicznej chwili . Myślę sobie , że bardzo chętnie zajęłabym się inwestowaniem w swoją edukację celem zrobienia jakiejś spektakularnej kariery , co pewnie jest wynikiem moich frustracji i niezrealizowanych ambicji ... Mieszkałabym sobie sama w bardzo gustownym mieszkaniu . Nie wiem , jak ono dokładniej by miało wyglądać , ale pewne jest , ze byłoby masę książek w nim i doskonały sprzęt do oglądania filmów i słuchania muzyki . Właśnie te filmy , muzyka , książki wypełniałyby mi życie w chwilach wolnych od robienia kariery . Miałabym sprawdzone grono przyjaciół , podobnie zsinglowanych , w którym omawialibyśmy tematy nader istotne , błyskając intelektem podlewanym winem w efektownych kieliszkach , wytrawnym rzecz jasna . Obrazu dopełniałoby moje bogate życie erotyczne , w którym dopuszczałabym pewną rozwiązłość w sensie kompletowania badawczego materiału porównawczego - celem pogłębienia wiedzy o swoich priorytetach w tym temacie . of course . Tymczasem matką jestem regularną , piorę , sprzątam i gotuję i w swojej drobnomieszczańskiej , skołtunionej duszyczce za powtórną obrączką na palcu tęsknię . Mało tego , do idei obrączki jako takiej , córkę swą przekonuję , o dziecku napomykam ...
czwartek, 01 marca 2012
... i mojej przyjaciółce z Krakowa też . Wyrazem tego była rozmowa telefoniczna , która trwała do pierwszego rozładowania komórki , a bateria była prawie pełna . Jak na wredne baby przystało , obgadywałyśmy naszą wspólną znajomą , która od jakiegoś czasu zamieszkuje w domu jednorodzinnym wolnostojącym , zaprojektowanym wspólnym wysiłkiem znajomej i jej małżonka . Projekt zaprzyjaźnionej pary powagą swą zawodową firmował brat małżonka , architekt z dorobkiem . Dom jest zresztą pniękny ... Mam na myśli kubaturę , logikę komunikacyjną , nasłonecznienie i takie tam różne . I taki nowoczesny jest . Przesłonki tu i ówdzie z luksferów , tu mniejsze , tam większe , ówdzie jakaś ażurowa ścianka działowa , malowniczo zarośnięta zielonością w stylu "małpi gaj" . Ścian jako takich , także i drzwi , generalnie mało jest i nie wypływa to bynajmniej z oszczędności . Efekt tego jest taki , że gdy znajoma warzy np. kapuchę , upojnym zapachem przesiąknięty jest dokładnie każdy zakamarek domostwa . Prawa fizyki , jakby nie było . Podobnym prawom podlega też korzystanie z toalety połączonej z sypialnią otwartą ścianą . Mało tego . Osoba zalegająca w bardzo zachęcającym , świetnym łożu , ma wiz-a wiz osobę zasiadającą na sedesie , bardzo twarzowym zresztą . Może nie tylko prowadzić konwersację , ale również nawiązać kontakt wzrokowy i nomen omen , nie tracić ani chwili z cennego czasu spędzanego wspólnie . Można też urozmaicić współżycie przenosząc grę wstępną do toalety i mieć dwa w jednym , gdy partner sobie siedzi na ceramice z Koła . Jakaś kołtuneria we mnie siedzi , żeby nie powiedzieć - zaściankowość . Może już za stara jestem , a taka integracja to teraz pospolita norma ...? Bo dla mnie wspólny prysznic to fajna sprawa i motylki mi obudzi jak nic . Poza tym lubię być w TYM pomieszczeniu sama , samiuteńka , ale nie wykluczam , że ja jakaś dziwna jestem ...
poniedziałek, 27 lutego 2012
... wczoraj w godzinach mocno popołudniowych w świątyni handlu pod nazwą polo-market .Z córką moją niezbędnie potrzebne i twarzowe zakupy tam robiłam , na które składały się specyfik do czyszczenia kominka , denaturat w przecudnym fiolecie do rozpałki w tymże oraz pokaźna porcja michałków z Wawela w nagrodę po odwaleniu roboty palacza . Przede mną przy kasie wykładała dobra rozmaite wielka , kiedyś tleniona blondyna w żarówiastym , czerwonym płaszczyku i z karminowymi szponami . Wszystko to komponowało się udatnie z portfelem wysadzanym jakimiś cyrkoniami czy innym badziewiem . Zaczęło się od tego , że zachciało jej się jeszcze wina , po które należy stanąć w stoisku monopolowym i tam też zapłacić za pozostałe zakupy w koszyku . Ona jednak postanowiła kasjerkę odesłać w monopol i konwersować z nią w kwestii wyboru trunku na odległość . To trwało . Gdy już udało się ustalić jej preferencje kieliszkowe i kasjerka wróciła z butelką , blondyna , najpiękniejsza w całej wsi , przypomniała sobie , że musi jeszcze nabyć gumy do żucia , które znajdowały się z drugiej strony kasy . Też musiała je wybrać , smakoszka jedna ... Przepchała się więc , reorganizując stan kolejki , czyli mnie . Ja naprawdę spokojna jestem i nie pyszczę w takich sytuacjach , ale jakąś taką bezinteresowną antypatię do czerwonej poczułam , że wyartkułowałam zjadliwą uwagę o braku logistyki w najprostszych działaniach . Czerwona się oburzyła i wywarczała w przestrzeń , że wredne babsko jestem , szukając wzrokiem aprobaty w oczach córki mojej osobistej . Oburzona i wściekła była autentycznie , a mnie ten incydent rozbawił , żeby nie powiedzieć , poprawił humor . Tak czy inaczej , wyszło ze mnie wredne babsko ,choć Kasia powiedziała , że wredna to ja dopiero mogę być ... Ale nie będę - M. wykaraskał się z ciągu dyżurowego , który w ciągu dwóch tygodni pomieścił osiem dyżurów - i przestanę być na głodzie ...
czwartek, 23 lutego 2012
Wieje dzisiaj niemiłosiernie i zacina irytującą mokrością . Z satysfakcją obserwuję szare strużki na szybie z perspektywy kojącego ciepłem domu . Myślę , że jakieś nieznane siły wyższe mnie chronią , bo awaria pompy do c.o nie przytrafiła się w trzaskające mrozy , tylko parę dni temu , w czas odwilży . Kłopot zażegnany , szkoda naprawiona , kieszeń lżejsza , czyli samo życie . Poza tym ostatnie dni wypełnione były poszukiwaniem nowego stołu z krzesłami do jadalni , takiego , przy którym zmieszczę całą swą rodzinę powiększoną o sistarsy z ich przyległościami . Dziś go przywieźli . Jest dębowy i piękny . Położyłam na nim nowe podkładki z drewnianych listewek . Łapię się na tym , że co chwila szukam pretekstu , aby przejść przez jadalnię i spojrzeć na nowy nabytek . Krzesła zachęcają swą tapicerowaną , pasiastą beżowo-brązową miękkością do przycupnięcia choćby na parę minut przy aromatycznej herbacie . Wybraliśmy go wspólnie z M. Radość psuje mi fakt , że stół został mi dostarczony bez dwóch elementów służących istotnej dla mnie funkcji przedłużenia mebla . Przed chwilą telefonował do mnie w tej sprawie sam pan właściciel wielkiego meblowego przybytku i zafrasowany poinformował , że producent nie dostarczył , że zainterweniują i będzie ok . Jestem pewna , że będzie , ale na pewno nie przed tą niedzielą , w którą będę gościć na obiedzie siedem osób ... Nie ma to większego związku z powyższymi zdarzeniami , ale wpadła mi w oko i w pamięć myśl Osho z książki "Odwaga": "nie ograniczaj kobiety do bycia żoną , nie ograniczaj mężczyzny do bycia mężem" Oczywistość ... ale czy na pewno ? Trudno ją dostrzec w ferworze młodości , dnia , życia . Niektórzy nie zauważą jej nigdy . Myślę o tym .
piątek, 17 lutego 2012
Miałam ciocię , babeczną ciocię , albo cioteczną babcię . Siostra mojej babci gwoli ścisłości . Nic w tym dziwnego poza tym , że bardzo ważną osobą w rodzinie była . Ważną z rozmaitych względów . Przede wszystkim była , jak na owe czasy , wysoce kształcona i kult nauki po rodzinie krzewiła . A że rodzina od zawsze w drobiazg z natury chłonny uboga była , to ku mojemu nieszczęściu , wysiłki cioci koncentrowały się na mnie . Poza tym , nadzwyczaj piękną kobietą była . Jej najrodzeńsza siostra , moja babcia , wyglądała przy niej jak szary wróbelek . Z tą urodą oszałamiającą nie mogła więc poślubić jakiegoś np zwykłego nauczyciela matematyki , jaki to ożenek mojej babci przypadł był w udziale . Ciocia mierzyła wysoko i siebie takoż ceniła , toteż każąc długo o siebie zabiegać ( tak - kiedyś kobiety umiały stopniować napięcie i dawkować emocje ) , poślubiła wreszcie dyrektora miejscowej huty . Dzieci nie mieli , bo ciocia ekscentryczką będąc , bała się powab stracić , a mój dziadkowaty wuj do szaleństwa w żonie zakochany , nie nalegał wcale . Ciocia była koło czterdziestki , gdy sporo od niej starszy , przepracowany i znerwicowany wuj , nagle i bez dania racji zszedł z tego świata . Od tamtej pory ciocia zdziwaczała , choć w tym względzie i wcześniej nic jej nie brakowało . Pamiętam to dobrze , bo jako jej chrześnica miałam wobec niej obowiązki , dopełnienia których pilnowała moja mama . I tak , składałam jej wizyty zawsze w czwartkowe późne popołudnia , zawsze klasycznie i elegancko ubrana i uczesana . Zawsze dostawałam kawę ( sic ! ) i porcję tortu , który ciocia zawsze wypiekała w środy . Jeśli jakieś obiektywne przyczyny stanęły na przeszkodzie czwartkowym odwiedzinom , nie mogłam ich przełożyć na piątek , bo to był ''dzień piękności ''cioci. Dziś powiedzielibyśmy , że kobieta domowe spa sobie robiła i o coś takiego właśnie chodziło - cały dzień to pindrzenie zajmowało , dom zamknięty na głucho , ni ma ...Taka piękna po piątku , w sobotę składała wizyty swoim znajomym , a w niedzielę po obowiązkowej mszy , ze swą niezmienną przyjaciółką jeszcze z lat szkolnych , zasiadała w kawiarni nad filiżanką kawy i kieliszkiem likieru .
Dlaczego to piszę ? Ostatnio moja psiapsióła miała do mnie ważne pytanie , ale nie zadzwoniła , ani nie napisała . Problem się przedawnił , ale nie rozwiązał . Gdy robiłam jej wymówki o brak kontaktu , spokojnie stwierdziła , że kontakt był niemożliwy , bo ''to środa była , a ty w środy o tej porze siedzisz u fryzjerki i nie odbierasz telefonu ''. Faktycznie . Przyjrzałam się sobie uważniej - zgroza ... Zawsze w poniedziałki wypieram to , co jest do wyprania . Prasuję w czwartek , ale dopuszczam pewien poślizg . O fryzjerce już pisałam ... Z niewiadomej przyczyny nie toleruję wpadania znajomych w ciągu tygodnia , preferuję piątek i sobotę , niedzielę już nie . Chyba nie chce mi się dalej wnikać w liczne szczegóły tego , co do tej pory nazywałam ''zorganizowaniem'' i co najchętniej dalej bym tak nazywała. A jeśli idę w ciotkę ...? Na starość zdziwaczała totalnie , dom kościołowi zapisała , dużo by mówić . A geny to geny. Póki co pozdrawiam weekendowo , choć niezbyt radośnie , bo moje kochanie dyżuruje piątek-sobota-niedziela . I idę piec ciasto , piątek przecież ...!
poniedziałek, 13 lutego 2012
...podnosi do ust i całuje każdy palec . Powoli , z namysłem , nie spuszczając ze mnie błękitnego spojrzenia . Nie cofam dłoni po ostatnim paluszku , dotykam opuszkiem ciepłej miękkości jego wargi . Przesuwam palce po brodzie lekko już szorstkiej , zatapiam dotyk w przyjaznej gęstwinie na jego piersiach . Błękit oczu coraz wyraźniej niebieścieje w świetle poranka , rolety nie są już w stanie powstrzymać jego nieustępliwego pochodu . Ale nas to nie dotyczy . Mamy czas , dużo czasu ...
Cały weekend cudownie wolny , wypełniony domem , spotkaniami rodzinno - towarzyskimi , naszymi małymi sprawami . Bez pośpiechu , który mnie zabija . Bez telefonów , które burzą spokój i plany . Czas na oddech , na błądzenie myślami ścieżkami pokrytymi lekką mgiełką zapomnienia i zaniedbania . Ostatnie dni bardzo były napięte i nerwowe . Dom ożył w niespotykany sposób , wypełniony obecnością dzieci . Konrad wpadł po pomyślnie , nawet bardzo pomyślnie zdanej sesji , a Kasia wpadła na - bagatelka - miesięczny urlop między zakończeniem kontraktu w Oslo , a rozpoczęciem nowego w Malmö . Konrad przy okazji zaliczył pobyt w Oslo , dokąd wybrał się po siostrę , aby pomóc jej z tobołkami . Mam ją teraz w domu na codzień i chwilami jest tak , jakby wcale nie wyjeżdżała . Od ponownego wyjazdu uciekam myślami . Jeszcze czas , jeszcze nie teraz ...
Mróz odpuścił , dzisiejsze -5°, to już prawie Hawaje . Za to biało się zrobiło , świeży śnieg wytłumia dźwięki dnia , nawet szczekanie psa przed domem jakieś inne . Leniwie kompletuję garderobę od niechcenia zaglądając w lustro w czasie wędrówki po domu . Patrzę przyjaźnie na swoje odbicie , przyjaźniej niż zazwyczaj . Dzisiejszy dzień będzie długi , da mi czas na wszystko . Może wisienka na torcie będzie kurier , który przywiezie mi zamówione książki ? O super ciepłej bluzie na kożuszku już nie wspomnę ... ;)
czwartek, 02 lutego 2012
+20°C Jamajczycy zakładają swetry (jeśli je tylko mogą znaleźć). +15°C Grecy włączają ogrzewanie (jeśli tylko je mają). +10°C Amerykanie zaczynają się trząść z zimna. Rosjanie na daczach sadzą ogórki. +5°C Można zobaczyć swój oddech. Włoskie samochody odmawiają posłuszeństwa. Norwedzy idą się kąpać do jeziora. ... 0°C W Ameryce zamarza woda. W Rosji woda gęstnieje. -5°C Francuskie samochody odmawiają posłuszeństwa -10°C Kot upiera się, że będzie spał z tobą w łóżku . Norwedzy zakładają swetry. -15°C W Norwegii właściciele domów włączają ogrzewanie. Rosjanie ostatni raz w sezonie wyjeżdżają na dacze. -20°C Amerykańskie samochody nie zapalają. -25°C Niemieckie samochody nie zapalają. Wyginęli Jamajczycy. -30°C Władze podejmują temat bezdomnych. Kot śpi w twojej piżamie .-35°C Zbyt zimno, żeby myśleć . Nie zapalają japońskie samochody. -40°C Planujesz przez dwa tygodnie nie wychodzić z gorącej kąpieli. Szwedzkie samochody odmawiają posłuszeństwa. -42°C W Europie nie funkcjonuje transport. Rosjanie jedzą lody na ulicy . -45°C Wyginęli Grecy. Władze rzeczywiście zaczynają robić coś dla bezdomnych. -50°C Powieki zamarzają w trakcie mrugania. Na Alasce zamykają lufcik podczas kąpieli. -60°C Białe niedźwiedzie ruszyły na południe. -70°C Zamarzło piekło. -73°C Fińskie służby specjalne ewakuują świętego Mikołaja z Laponii. Rosjanie zakładają uszanki . -80°C Rosjanie nie zdejmują rękawic nawet przy nalewaniu wódki . -114°C Zamarza spirytus etylowy. Rosjanie są wkurwieni. :):):)
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Na termometrze za oknem minus pięćset dziewięćset i nadal spada . To znaczy w nocy spada , bo w tej chwili chwilowo rośnie , ale marne to pocieszenie . Radość życia i chęć wyściubiania nosa na zewnątrz zamarza mi gdzieś w okolicach minus pięciu , więc co mi za różnica . Zastanawiam się , jak wygląda życie w rejonie Suwałk . Czy tam w ogóle jest jakieś życie ...? Może w tzw międzyczasie już wszystkich zahibernowało . Przebąkują , że docelowo będzie minus trzydzieści . Nie wątpię , że o Suwałach właśnie mówią , tylko na głos nie chcą tego powiedzieć , żeby panika nie wybuchła . Ja wielkopolanka i paniki-m bliska , a co dopiero mówić o tych bidakach w tym górnym fyrtlu . Tak myślę , że trzeba by napalić w kominku , cieplej będzie , ale wolę działania mam pokrytą szronem . Do tego należałoby wyjść do szopki po drewka , a to grozi odmrożeniami trzeciego stopnia . Stukam w klawiaturkę zimnymi , sztywniejącymi już paluszkami , koniec niechybnie blisko . Nie wiem , czy zdołam doczołgać się do jakiejś zmiany frontów . Czy ktoś coś wie o wiośnie ...???
sobota, 28 stycznia 2012
...tym oto łańcuszkiem , z tym oto tagiem : Należy , co następuje : -zamieścić ten tag w swoim wpisie - powiedzieć kto Cię otagował - wymienić parę oglądanych seriali i powiedzieć coś o nich - zaprosić do zabawy co najmniej 5 innych blogów
I mamy kłopot z tymi serialami ... Oglądałam onegdaj " Rodzinę Borgiów'' , którą córka mi hurtem zgrała na CD . Produkcje historyczne oglądam z zasady , więc to tez musiałam . Poza tym kocham Jeremiego Ironsa . Serial był taki se , łagodny i słodki , zabrakło pazura , zabrakło dreszczyku z nazwiskiem Borgiów związanego . Idąc po linii historycznej , namiętnie oglądałam ''Tudorów'' , który to serial przynajmniej z prawda historyczna niewiele się mijał .Niestety nie można tego powiedzieć o aktorze , dobranym do roli Henryka VIII , który , fizycznością w najmniejszym stopniu nie przypominał Johnatana Rhysa Meyersa , a szkoda ... Za to Ania Boleyn była po prostu rewelacyjna , najlepsza , jaką kiedykolwiek widziałam . Myślę dalej ... Acha , "Walkę o tron'' oglądałam , takie sobie bajeczki , ale nieźle zrobione i ''Filary ziemi'' , które ramy historyczne niby nakreślone miały , ale traktowały ją z baśniową dowolnością . Serial ''Dom'' oglądałam . Chyba w polskiej kinematografii najlepszy ...
I tyle mi do głowy na gorąco przychodzi .Teraz proponuję , aby pomęczyli się niżej wymienieni: 1. Niespieszna 2. Beatka 3. Marga 4. Agnieszka ( Czarownica ) 5. Wiosna
Miłego weekendowego wieczoru ! :)
UWAGA !!! Jeszcze mała poprawka , z tej racji , że Niespieszna wywołana wcześniej była . Z tego powodu REST wywołuję i mam nadzieję , że jeszcze nikt mnie nie ubiegł :) |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ikanore@gazeta.pl
Po cichutku czytam
Podczytuję
Ulubione
2012 już za:|2012 już ma:
|