Kategorie: Wszystkie | pamiętnik osobisty
RSS

pamiętnik osobisty

niedziela, 10 czerwca 2012

 

Chcę dzisiaj Wam powiedzieć , że po weekendowym rozważaniu swojej decyzji , z przyczyn całkowicie ode mnie - i tylko ode mnie - zależnych , postanowiłam zakończyć pisanie swojego bloga . Żeby ubiec ewentualne pytania , spieszę donieść , że nikt mnie nie namierza , nie demaskuje  i nie prześladuje . 

Najprawdopodobniej tylko dwie osoby wiedzą , o co mi chodzi , ale niech tak zostanie .

Wszystkim , którzy od marca zeszłego roku mnie czytali , gościli w moim życiu i zostawiali miłe słowa , serdecznie dziękuję za miłą przygodę z zabawą słowem . Pozdrawiam także moją wierną czytelniczkę  Czekoladęorzechową , która jednakowoż nigdy nie zdecydowała się do mnie odezwać :)

Wszystkim zostawiam serdeczne życzenia pomyślności , spełnienia i zgody z sobą samym .

 

              Ikanore

 


 


piątek, 08 czerwca 2012

 

 ... dziś są urodziny M. , ale solenizant ma dyżur .

Ledwo oczy świtaniem otworzyłam , usłyszałam głos ptaszyny i gibnęłam się zgrabnie pod łożnicę , po prezent przemyślnie ukryty . Potem życzenia z serca płynące złożyłam , coby szczęście w mojej postaci nigdy go nie opuszczało i następnie , z wielkim zadowoleniem przyjmowałam żarliwe podziękowania . Trochę to trwało , w związku z czym solenizant śniadania nie dojadł jeno kawę z rozpustna pianką dopił i popędził , bo dziwnie punktualny jest .

Dziś mam dzień kuringu  . Na targu już byłam , w interku także . Gary czekają , menu ustalone - jutro goście będą podjęci ze wszystkimi szykanami . Nawet psy , wszystkie wczoraj zaszczepione i dziś nieco skapcaniałe , zamierzam poszczotkować . I do fryzjerki Ani pojadę , żeby na urodzie się podciągnąć i do pazurów nowy lakier schizofrenicznie fioletowy użyję ... W nastroju jestem kurzym , drobnomieszczańskim i donoszę , że mi z nim do twarzy . A wieczorem , jak na rasową kurę domową przystało , oglądać będę mecz . Sama . ;D


 

A woda dzisiaj nieco niespokojna ...


środa, 06 czerwca 2012

 

Etap , w którym sąsiad postanowił zasypać mnie styropianem , mam już szczęśliwie za sobą . Gdzieś tam jeszcze w załomkach muru , w kącie garażu , pod ogrodzeniem można znaleźć białe niedobitki , ale generalnie już styropianu nie ma .

Sąsiad wszakże nie poprzestał na ociepleniu budynku . Dom jest już porządnie otynkowany w kolorze spranego różu majtkowego . Jest też zamocowany nowy balkon , oślepiająco błyszczący w świetle słońca .

Teraz sąsiad robi nowe ogrodzenie i w tym celu , co oczywiste , musiał rozwalić stare . Docina jakieś cegły , czy coś tam , a ten tarczowy interes do cięcia wyje , świdruje w uszach przenikliwym , wysokim tonem . Spod ostrza , wprost na mój dom wartko płyną brudnym obłokiem miliony pyłków i kurz .

Zastanawiam się , jak to jest , że wiatr wieje zawsze w stronę mojego domu , a nie sąsiadowi w okna . Moje okna są zakurzone , a ja wcale nie mam ochoty myć je codziennie , tym bardziej , że robota przy ogrodzeniu jeszcze potrwa . Nasze samochody , o ile nie zamkniemy ich na cztery spusty w garażu , też są pokryte kurzem sąsiedzkim , kurz pływa na powierzchni wody w psich michach .

A moje psy nawet nie mogą obsikać mu płotu , bo go nie ma ...

 



wtorek, 05 czerwca 2012

 

Pada od świtu , zacina drobny , gęsty , monotonny deszcz . 

Do tego jeszcze ten chłód w powietrzu , zupełnie nieczerwcowy ...

Krople deszczu wyżłobiły szarą ścieżkę w moim samopoczuciu , wiodącą wprost do myśli i obrazów poupychanych na peryferiach pamięci  . Nie broniłam się skutecznie i teraz mam , co mam , płaczę sobie razem z deszczem i z każdym strumykiem szukającym swej drogi na szybie , użalam się nad sobą coraz bardziej .

Deszcz oczyści powietrze z pyłków , które M. żyć nie dają , a moje łzy rzęsiste , poza tym , że rozpuszczą mi tusz , bynajmniej nie wodoodporny , co mi dadzą ?


Już wracam na prozaiczne służbowe strony , wycieram nos , ok , już dobrze ...

 


poniedziałek, 04 czerwca 2012

 



Wróciłam z wyprawy do Lęborka , co nie było takie oczywiste , jako że w drodze "do",  wycieraczki  bez dania racji odmówiły posłuszeństwa . M.pokazał swoją naturę macho i kontynuował jazdę w rzęsistej ulewie przeplatanej gradem , sunąc środkiem jezdni , bo - jak mówił - lepiej widział samochody jadące z naprzeciwka , niż pobocze . Umierałam ze strachu i błagałam go , abyśmy na tym niewidzialnym poboczu przeczekali nawałnicę , ale był nieczuły i przemieszczał się do przodu z kamienną twarzą .

W jego ponurym milczeniu i z moją lekką histerią udało nam się dojechać do najbliższej stacji benzynowej , gdzie M. wespół z pewnym miłym panem w niebieskich ogrodniczkach wymienili jakiegoś szpeja wywleczonego z wnętrzności auta .

I już było dobrze .Mężczyźni bywają wspaniali .

Poprzyglądałam się tej dolęborkowej części Polski i w oczy rzuciła mi się większa , znacznie większa niż w Wielkopolsce , liczba euroentuzjastów . Mnóstwo ochorągiewkowanych aut , sporo też ekstremalnych przykładów oflagowania czterema chorągiewkami plus biało-czerwonymi wstążeczkami i naklejkami na karoserii . Nie wątpię , że ci hiper-mega-turbo-euroentuzjaści są też zaopatrzeni w gustowne czapeczki z dzwoneczkami . Biało-czerwone czapeczki , oczywiście . Takim to przemyśleniom oddawałam się , pogryzając raz za razem ptasie mleczko w kolorze biało-czerwonym , wersja limitowana .

Było koszmarnie zimno , a w lęborskiej agroturystyce wiatr nam głowy urywał . Słońce przedzierające się przez chmury po każdej sekwencji deszczu , krasiło urokliwy krajobraz , ale wcale nie ratowało sytuacji . Ubrałam się za lekko i - nomen omen - szczękałam zębami . Szczęka mi natomiast całkiem opadła , gdy właściciele hodowli ( ... a napisałam , że po kolejnego psiutka jechaliśmy ...? :D ) pochwalili się championem rasy rotwailler . Rotwaillery to moja niespełniona miłość for ever . Mogłam tylko przykleić się do niego i poudawać , że go mam .


 

Natomiast zupełnie realnie i faktycznie mam szczenięcie słodkie rasy owczarek niemiecki . Właściciele wołali na niego Dziunior , ale my będziemy używać innego , zacniejszego miana . Jeszcze nie wiemy jakiego , myślimy cały czas . Niniejszym , wszystkie psie stanowiska mamy obsadzone i zapanował stan pełnego nasycenia .

 

Moje dziecko , Konrad , weekend spędził w Lądzie na corocznym Festiwalu Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej . Jak należało się spodziewać , pogoda , a raczej jej brak , nieco odstraszyła turystów . W związku z tym , uczestnicy musieli pić więcej niż zazwyczaj - raz , żeby się rozgrzać , dwa - żeby zabić czas , trzy - z założenia , przynajmniej niektórzy . Synek wrócił przemarznięty , podziębiony , tradycyjnie znieświeżony i niezmiennie zadowolony . Wykąpał się , ogołocił lodówkę , wskoczył za kółko i pognał do siebie , do P.

A ja czekam na obiecane upały , im więcej , tym lepiej .

Myślę o garach - no cóż , od przeznaczenia nie uciekniesz . W tym tygodniu M. świętuje urodziny i przygalopują sistarsy  . Między innymi .

Poza tym , myślę o wielu innych rzeczach , za wielu , za wielu ...

 


czwartek, 31 maja 2012

 

Mówiłam , że otwarta .

 


 

             

                   :D


środa, 30 maja 2012

 

Wczoraj u mnie spadł deszcz , ale i tak za mało . 

Świat jednakowoż nabrał szarej , romantycznej patyny i delikatnie tęsknego uroku . Prezentuję chodniczek wiodący w szarość jeziora , a może nieba ...? jedno z drugim momentami stanowiło urzekającą całość .

 

W tym miejscu czas się dla mnie zatrzymuje i bez problemu zapominam o wszystkim "muszę" , "powinnam" ...

Wczoraj , gdy już udało mi się wyrwać z lekkiego odrętwienia , tą właśnie drogą , bardzo lokalną , wprost w następny rzut burzowych chmur , pojechałam do miasta , w wir trywialnych zajęć codziennego dnia .

 

Chciałam się podzielić z Wami tymi widokami .

 


poniedziałek, 28 maja 2012

 

Zrobiłam masę dobrego jedzenia na moją matczyną sobotę . 

M.nabył był nowe wielkie ustrojstwo , które jeszcze od biedy można nazwać grillem , a który to sprzęt przeżył swoją inicjację w sobotnie popołudnie . Mój syn pospołu z M. oraz znacznym udziałem mężczyzny Kasi , koncertowo sfajczyli czule zamarynowaną przeze mnie karkówkę , a potem już chyba ze strachu , żeby nie sfajczyć , nie dopiekli drugiej tury mięska  . M. utrzymuje , że sfajczone okazy  jadła tylko Kasia i dlatego deprecjonuje męską sztukę grillowania . Ja nie jadłam karkówki , więc się wstrzymam od głosu . Niemniej jednak upieczona w piekarniku wielka łopatka z pysznym sosem z suszonych śliwek znacznie ratowała sytuację , szczególnie w oczach sistarsów .

Dopieściłam też towarzystwo pysznymi ciastami i w ogóle było pysznie , jakby powiedziała Stefcia Rudecka . Ktoś jeszcze wie , kto zacz ?

Dostałam imponującą masę prezentową , miedzy innym piękny skórkowy portfel , którego wcale nie potrzebuję nie tylko dlatego , że jest ogromny i biletu polskiego banku będę w nim szukała jak igły w stogu siana , ale również dlatego , że jest czarny . Jakoś nie gustuję .

Gustuję za to w literaturze i już się cieszę na chwilę , w której dopadnę nowe nabytki - "Ostatni bal . Listy od Agnieszki Osieckiej" by Hanna Bakuła Oraz grube opracowanie "Dynastie Europy" . Jeśli chodzi o spektakularny epilog i rozwiązanie fabuły , to bardziej w tej drugiej pozycji będzie wiadomo , kto zabił .


A wiosna była piękna tego dnia i wieczór też , i noc nadzwyczajnie ciepła .

 I było tak , jakby nigdy i nikomu  nic złego się nie zdarzyło w życiu ...

 



piątek, 25 maja 2012

 

Spotkałam się wczoraj z byłym moim mężem , albowiem na spotkanie nalegał .

Taka decyzja zawsze niesie ze sobą ryzyko przerodzenia się spotkania w potyczkę słowną najeżoną wycieczkami osobistymi , mało konstruktywną krytyką i zjadliwą ironią . W rezultacie ewentualne dobre samopoczucie szlag trafia , a ja przez resztę dnia chodzę z pulsującymi gruczołami jadowymi , niesyta starcia i utwierdzona po raz n-ty w przekonaniu , że rozwód to była najlepsza decyzja w moim życiu .

Wczoraj było inaczej . Były przybiegł do mnie wyżalić się , poskarżyć i wypłakać . Otóż dziunia jego okazała się być pomyłką tragiczną , ujawniając bez krępacji cały wachlarz zachowań , do których mój eks nie był zupełnie przyzwyczajony , a które znał wyłącznie z filmów . Moja niewątpliwa wyższość , którą były niniejszym potwierdził , polegała na mojej niechęci do sprawdzania zawartości mężowskich kieszeni , teczki i komórki , nie wydzwanianiu do niego co pół godziny z pytaniem gdzie jest , co robi i kiedy wróci . O swojej wyższości w tematach kuchennych i wychowawczych już nie wspomnę . Nie byłam też zainteresowana jego pieniędzmi w tak wysokim stopniu , co dziunia . Jego wywód prostą drogą zmierzał ku stwierdzeniu , że bez mała ideałem byłam , więc słuchałam z rosnącym zainteresowaniem i przychylnością .

Wyżej wymienione ułomności charakterologiczne i sprawnościowe dziuni okazują się być gwoździem do trumny wielkiej miłości , albowiem byłemu chodzi po głowie rozstanie . I to daleko idące , a nawet jadące , jako  że zamierza zakupić powierzchnię mieszkalną w P. i tam podjąć pracę , której warunki ma już nawet wstępnie ustalone ...

Wyraziłam zdumienie , rozczarowanie , ubolewanie i zdegustowanie , niekoniecznie w tej kolejności , ale na tyle adekwatnie do narracji , że byłemu oczęta się zaszkliły i powiedział , że jednak prawdziwa przyjaciółka jestem . Wbrew chęciom czułam , że i mnie zaraz zaczną się szklić , słaba  białogłowa  jeno jestem ... A poza tym , czy tego chciałam , czy nie , naprawdę żal mi się go zrobiło i mściwą satysfakcję diabli gdzieś ponieśli .

M. wieczorem podzielił się ze mną wiadomością , że byłego być może zabraknie na oddziale i powstanie palący problem znalezienia zastępstwa , żeby nie zaburzać bardzo chwiejnej równowagi funkcjonowania zespołu . 

Naprawdę mi go żal .

 


wtorek, 22 maja 2012

 



Zacznę niezwykle ambitnie , od cytatu niejakiego Cavendisha , który był sekretarzem kardynała Wolseya w latach panowania Henryka VIII . Rzekł on - " Plebs zawsze wypatruje zmiany . Nie interesuje go niczyja wielkość , tylko upadek , bo głośniejszy " . Rację miał wielką , choć wcale jakimś wielkim , epokowym myślicielem nie był . Zmienia się wystrój czasów , wnętrz , ale człowiek w swojej najgłębszej istocie , mimo wszelkich cywilizacyjnych zdobyczy pozostaje taki sam .

Do tej refleksji skłoniła mnie niedawna lokalna burza w związku z wymówieniami miejsc pracy lekarzom w tutejszym szpitalu . Jak to się odbiło na zdrowiu fizycznym i psychicznym takiego wykopanego z pracy , na jego życiu rodzinnym , to z grubsza można sobie wyobrazić , o ile się wyobraźnią dysponuje . Ludzie jednak przede wszystkim dysponują nieprzebranymi pokładami złości , frustracji , niechęci i zawiści , a konkretnie mam na myśli ludzi bardzo aktywnych w ferowaniu swoich opinii , a w żaden sposób nie związanych ze służbą zdrowia i nie znających realiów funkcjonowania tejże . 

W ciągu ostatnich dni zebrałam parę komentarzy nie skierowanych bezpośrednio do mnie , ale nie pozostawiających wątpliwości , ze jestem ich adresatką , bom ze służbą zdrowia w opinii ludności utożsamiana , z racji posiadania dwóch lekarzy w swoim życiorysie .

" dobrze im tak , sukinkotom "

" okradają nas , niech teraz im wyjmą z kieszeni "

" najwyżej kupi swojej kobiecie używanego merca , bo na nowego mu zabraknie "

" mają z czego biednieć " itp itd .

Szlag mnie trafia i podnosi mi się ciśnienie . Nie chcę tu prowokować dyskusji o służbie zdrowia , bo to temat wielowymiarowy , a mój blog nie ma ambicji bycia forum dyskusji ogólnospołecznych . Jak wygląda życie M. w kontekście jego pracy ,  tym , którzy mnie czytają , trochę wiadomo . Wg opinii cytowanego "plebsu'' najwyraźniej rozbijam się mercedesem i jadam przepiórki w płatkach róży , a wszystko to za ukradzione mu pieniądze .

Teraz już wiadomo , że '"upadku" nie będzie . Jeśli na te przepiórki nie starczy , co może się zdarzyć , to dam radę i zamienię je na przaśne kurczaki . A róże zaraz będą kwitnąć . Tak na złość .

 

wtorek, 15 maja 2012



Im bliżej lata , tym mocniej i niecierpliwiej tęsknię za słońcem , za rozedrganym powietrzem . Dotyk cienkiej materii bluzki , muskanie gołych nóg delikatnością spódnicy , to wręcz intymne doznania . Gorące powietrze otwiera skórę , zwielokrotnia jej wrażliwość , a łezka zapachu , którą muskam żyjące miejsce , rozkwita bujnie niczym tropikalny kwiat .
Każdy dotyk Jego dłoni daje wtedy efekt rzucenia kamieniem w spokojną taflę wody . Krąg się rozchodzi , fala goni falę , a ja niemal tonę nie dochodząc brzegu ...

Szarość podstępnie zawładnęła majowym czasem , przytłaczająca tak bardzo , że aż myśli nieruchomieją . Oglądam szare odcienie nadciągającego zmierzchu i coraz bardziej emigruję do wewnątrz . Przez rolety przesączają się  jaśniejsze pasemka światła . Z daleka wyglądają jak srebrzyste kropki na prostokącie okna .

Zaraz poddam się nocy , ale zanim to nastąpi , sięgnę do miseczki z winogronami . Dotknę ich doskonałej obłości , przerwę ciągłość napiętej skórki .
Znad cienkiego szkła wypełnionego rubinowymi mirażami , uśmiecham się do mojego świata . Drzwi do niego zostawiłam uchylone ...

poniedziałek, 14 maja 2012

 

Snuję się bez sensu w różowym puchaczu . 

Słońce zalewa świat za oknem , ale mnie nie zmyli , bo wiem , że jest zimno .

Muszę pojechać do skarbowego , bo źle wypełniłam pit synka malinka i musiałam zrobić korektę . Myślałam , że taka wspaniała jestem , a tu proszę ... Z pustego to i Salomon nie naleje , toteż schowawszy dumę do kieszeni , poprosiłam księgową o korektę .

Zmęczona jestem po weekendzie . Boli mnie kręgosłup i dłonie mam pokłute po bliskim kontakcie z jałowcami japońskimi i innymi płożącymi typu green i gold . Było tego ponad dwadzieścia krzaczków i większa część niedzieli zeszła nam w plenerach na czynnościach ogrodniczych .  Od jeziora wiało dość mocno i nagwizdało mi w uszy .

Wiem , że marudzę , ale odkąd oczęta dziś otworzyłam , myślę tylko o tym , żeby nic nie robić , nigdzie nie wychodzić , zalęgnąć się w dresiku pod kocem i mieć wszystko gdzieś . Jest podejrzenie , że dodatkowo ciska mną niedopieszczenie , bo odkąd M. dostał wypowiedzenie ze szpitala , to całą parę wkłada w wylizywanie ambicjonalnych ran , tudzież reaktywowanie znaczących kontaktów w celu ewentualnego sensownego zatrudnienia gdzie indziej .

 

Dobra , zbieram się ... Oj , jak mnie dzisiaj życie booooooli ...!

 


wtorek, 08 maja 2012

 

Jestem nadzwyczajnie spokojną osobą , w każdym razie tak lubię o sobie myśleć . I jeśli wychodzę z siebie i daję tego wyraz w postaci głosu z wyraźnie przesuniętą granicą na skali emisji decybeli i szybkości wypowiadanych słów , to nie jest wina mojej mamusi , że zaniedbała moje wychowanie , ani moja , że gdzieś tam po drodze schamiałam . To zawsze jest wina zewnętrznych okoliczności .

Zewnętrznymi okolicznościami tym razem okazał się remont u sąsiada , a konkretnie , ocieplanie domu , które jak wiadomo , dokonuje się z użyciem ogromnej ilości bloków styropianu .

Najpierw kibicowałam i z życzliwością popatrywałam z okna na stawiane rusztowania , mając na uwadze , że wreszcie  , że w końcu po tylu cholernych latach przestaną mi te gołe pustaki psuć estetykę widoku z osobistego okna , głównie kuchennego . Obstawiałam , jakiż to kolorek sobie sąsiedztwo na tych znienawidzonych pustakach zaprowadzi i nawet miałam swoje preferencje , którymi chętnie bym się podzieliła , gdyby ktoś zechciał zapytać , oczywiście .

Potem w miarę , jak domostwo pokrywać się zaczęło styropianem , moja życzliwość malała . Codziennie zamiatałam jeden podjazd , drugi podjazd , wybieg psi i garaż też . Tam białych kulek , kuleczek , pyłków , sryłków było najwięcej . Potem białe szaleństwo zaczęło anektować coraz większą przestrzeń i wielkie obrzyny , tudzież pył miałam również z tyłu domu , na tarasie , rabatkach , trawnikach . Stamtąd wymieść je raczej trudno .

Żebym przypadkiem nie pomyślała , że ocieplanie to pikuś , styropian miałam również w sypialni , na balkonie i na wszystkich parapetach , gdzie tylko okno było uchylone . 

No , ileż można sprzątać , ja się pytam ? Codziennie to samo , syf jak wszyscy diabli , a robota u sąsiada wlecze się jak włoski western . Uznałam więc , że okoliczności zewnętrzne wystarczająco mnie usprawiedliwiają i zaczęłam dyskusję o ekranach , foliach i innych wynalazkach , które znacząco redukują problem w takich sytuacjach . Ja o wysokiej technologii , a sąsiad o wietrze - zero porozumienia . Chyba przez jakiś czas nie będzie mi mówił ''dzieńdobry'' , a ja będę traktować go jak powietrze i pozwolę psu obsikiwać jego bramę wracając ze spaceru .

Zaraz zaczynam pracę , nie zdążę posprzątać . Cholera , jaki syf wszędzie .

 



niedziela, 06 maja 2012

 

Po kruchym lodzie nie można konstruktywnie stąpać . Nie można też konstruktywnie myśleć , bo całe myślenie , to tylko gorączkowe , łomoczące w czaszce pytanie "załamie się , czy nie ...?!?" Ale gdy się już załamie , to owszem , można konstruktywnie myśleć , pod warunkiem , że od razu nie walnie się na zawał z powodu , dajmy na to , hipotermii .

Moja bliska znajoma z Australii , o której kiedyś tu wspominałam , zwykła używać określenia " pierdolnąć na serce", co niezmiennie mnie rozbawiało i bardzo adekwatnie oddawało stan nagłości i zaskoczenia . To tak na marginesie .

Pozostając przy w/w nomenklaturze , nie pierdolnęliśmy na serce , co jest okolicznością nader szczęśliwą w kontekście wydarzeń . Za to od konstruktywnego myślenia głowy nam pękają , ale póki nie pękną , dalej trzeba główkować . Tak się bowiem składa , że M. z końcem maja traci pracę w szpitalu , zresztą podobnie jak mój były i wszyscy inni lekarze - cała obsada dostała kwity z wypowiedzeniem .

A na świecie maj i ciągle coś nowego kwitnie i pachnie . Taras w kwiatach , jak gdyby nigdy nic , a moje ramiona , plecy i nogi już apetycznie muśnięte słońcem . W ramach odstresowania zmusiłam wczoraj M. do czynnej pomocy przy sadzeniu pomidorków i ogórów . Wciągnął się tak bardzo , że sprawiał wrażenie , jakby wszechświat ograniczał się wyłącznie do palikowania sadzonek . Potem wyłuskałam mojego przystojniaka z nieśmiertelnych dżinsów i zmusiłam do wejścia do jeziora . Na początku miał minę kota wrzucanego do wody , potem wyglądało , jakby nie wiedział , co o tym myśleć , na koniec pogodził się z sytuacją . Hipotermii w każdym razie nie zaliczyliśmy , a wzmocnienie przyda się bardzo - w każdej postaci .

Dziś dla odmiany świat zamglony i w wodnej zawiesinie . Purpurowe płatki pelargonii pokryte brylancikami kropli wyglądają urzekająco . M. na dyżurze ... A ja się leciutko wzmacniam . Leciutko . Słówka w przestrzeń wysyłam i o miłych mi osobach myślę ...

 


sobota, 21 kwietnia 2012

 

Kruchy lód nadal straszy lodowatą topielą , ale życie toczy się dalej - na szczęście .

Zajmuje czas , myśli , stwarza wrażenie stabilności .

Wstałam dziś bladym świtem , zeszłam na dół w uśpiony półmrok domu , odgrodzonego od nowego dnia zaciągniętymi roletami , cichego i bezpiecznego . Wypuściłam psa , który każdego ranka wita mnie tak , jakbym cudem jakimś wróciła z dalekiej podróży . Owionęło mnie rześkie , wilgotne , pachnące powietrze , w kałużach odbijało się błękitniejące niebo ...

Szum czajnika i po chwili kuchnia wypełnia się aromatem kawy . Niespiesznie ją wypijam , układając pomału w myślach logistykę dzisiejszego dnia , zakupy , obiad z sistarsami u nas , być może przyjdzie też przyjaciółka Kasi , świętować z nami swój sukces - zaproponowano jej staż doktorancki i świetnie płatną pracę w Czechach .

Nie pozwalam myślom zboczyć w rejony rozgoryczenia faktem , że moja córka nie ma szans na taką niespodziankę od losu , nie , dosyć zmartwień , i tak nie ucieknie się przed nimi , gdy przyjdzie czas .

Piję kawę , słyszę oznaki budzącego się życia na górze i szykuję drugą filiżankę dla M. Biorę się za spokojne , sobotnie śniadanie . Zakrywam się szczelniej połami puchatego szlafroczka i uśmiecham na widok śladu na dekolcie . Zatapiam się z lubością w codzienności .

 



czwartek, 19 kwietnia 2012

 

Boli mnie .

Zbyt gorliwie rano wyrywałam się do kuchni , żeby M. śniadanko uszykować i coś mi w lędźwie wlazło , o ile kobiety mają lędźwie , bo jakoś mi się to określenie z facetami kojarzy .  Frykcyjne ruchy lędźwi , ot co .

Śniadanko uszykowałam wdzięcznie pomykając po kuchni w różowym szlafroczku i dyskretnie gibiąc się na boki , w nadziei , że to , co krzywo się wstawiło , wyprostuje się mimochodem i pobolewanie zniknie jak ręką odjął.

Nie znika . No , może troszkę . 

Za to serce mnie boli coraz bardziej i chyba mi pęknie , bo sił już na  wszystko brakuje .

M. dziś od rana na spotkaniu z dyrekcją , która w ramach wyciągania szpitala z długów , wpadła ostatnio na pomysł obcięcia poborów wszystkim zatrudnionym o dwadzieścia procent .  Niedawno było spotkanie , na którym ordynatorzy oddziałów w imieniu całej obsady nie wyrazili zgody na powyższe działanie . Nieoficjalnie wiadomo , że albo dyrekcja zrobi coś konstruktywnego w kwestii , albo przestanie być dyrekcją , czego zapewne wolałaby uniknąć . Dziś idzie krok dalej i szantażuje , że albo te dwadzieścia procent , albo szpital będzie zamykany w obrębie określonych oddziałów , albo kompleksowo ...

Nie wiadomo , czy najpierw dyrektor frunie ze stanowiska , czy doprowadzi do likwidacji . M. od rana był nieobecny duchem , a mnie serce pęka i ze względu na niego , i siebie . Nie wiem , co będzie , nie wiem .

Patrzę w lustrze na swoją twarz , opuszkami rozprowadzam krem , czuję swoje palce jakby to był nie mój dotyk .  Zaglądam w swoje oczy . Są zupełnie inne niż na fotkach sprzed lat , sprzed zdarzeń mniej i bardziej traumatycznych . Może nawet są ładniejsze . Może zawsze ładnieją, gdy przyszłość po raz kolejny jest niewiadomą , gdy serce pęka .

 


 

 

 




wtorek, 17 kwietnia 2012



Zaliczyłam wczoraj wizytę w urzędzie skarbowym i poprawiło mi to samoocenę , albowiem sama , tymi ręcyma i palcyma , wyliczyłam i wypełniłam pit mojego syneczka . Został przyjęty bez poprawek i szemrania , i wszystko wskazuje na to , że wyliczona przeze mnie kwota pięciu stówek zasili wkrótce kieszeń mojego dzielnego potomka . Ja liczę na zwrot z gruntu większy , ba ...! już wydałam niemal te pieniądze , chociaż o nich jeszcze nie słychać . 

Moją samoocenę podniósł tez zakup wysoce specjalistycznych pędzelków - jednego płaskiego do cieni , pędzla do różu i pędzlicha do pudru . Będę teraz specjalistycznie pacykować się , coby podciągnąć się na urodzie w ten czas wiosenny . Tak coś czuję , że moje poczucie wartości bardzo zyskałoby w nowych szpilach  i rurkach siedem ósmych , ale Bałtykgaz ma inne plany na zagospodarowanie moich pieniędzy . Dlaczego to cholerne ogrzewanie kosztuje takie koszmarne pieniądze w skali roku ?!?!?

Moja samoocena , tak czy inaczej , potrzebuje jeszcze jakiegoś wzmocnienia , bo z lekka przydeptana ostatnio się poczułam . Na własne zresztą życzenie , albowiem podzielam i współdzielę pasję M. dotyczącą psów , w końcu status hodowców mamy oboje .

Wracając z podróży z miasta mego rodzinnego , zahaczyłam o Radom , w którym to spotkałam się z bardzo miłym panem , który dowiózł mi tam zapłaconego już uprzednio przez internet , uroczego , czarno-białego borzoja , czyli charta rosyjskiego .

Psów mamy oboje sporo , ale jakoś tak zazdrosna o nie się robię ostatnimi czasy . Mówię sobie "głupiaś ty" , ale ugruntowuje się we mnie przekonanie  , że brak przepastnych , wiernych oczu , jedwabistej sierści , merdającego ogona i gotowości do wypełniania każdego polecenia , spycha mnie na zaszczytne miejsce zaraz za sforą psów . I tak sobie myślę , że skoro mam tam swoją okopaną i ugruntowaną pozycję , to chciałabym się w niej , na pociechę , nieźle jakoś prezentować - nowe szpilusie pasują mi do tej wizji , jak ulał ...

Tyle się naczytałam i nasłuchałam na temat facetów z pasjami , że za eksperta mogę robić . W teorii jestem znakomita . Niech mi jeszcze ktoś powie , jak skutecznie radzić sobie z własną zaborczością , nieprzepartą chęcią bycia namberem łan i rodzącą się zazdrością o czas poświęcany kudłatej pasji ...

 



środa, 11 kwietnia 2012

 

Już po . 

Po jajeczkach , po ciastach i mięskach , już to zjedzonych , już to zamrożonych - tak mi się ta archaiczna składnia pod palce cisnęła ...

Obrusy w koszu czekają na turę prania , ozdóbki popakowane i zahibernowane na strychu na kolejny rok .

Dobrze było , gościnnie , gwarno i radośnie . W poniedziałkowe późne popołudnie  hitem było zmywanie przez M. fury naczyń , mimo iż zmywarkę miał pustą , zwartą i gotową . Mój osobisty Alain Delon  - zawsze będę napawać się tym podobieństwem , choćbym tylko ja je dostrzegała - w zielonym fartuszku w kwiatki , był kwintesencją męskości i nieodmiennie działał mi na zmysły .

Zmywanie zgromadziło nas wszystkich w okolicach zlewozmywaka . Ja wycierałam i wydawałam dyrektywy , gdzie ma być schowane i podawałam rzecz sistarsowi . Na zasadzie " un unemu'' każda łyżeczka i talerzyk przechodziły przez siedem par rąk , by na końcu łańcucha trafić w ręce Kasi gimnastykującej się od najniższej do najwyższej półki kredensu. Realizowaliśmy się przy tym wokalnie , albowiem Konrad na dobre zmywanie włączył nam swoją ostatnio ulubioną składankę LUBE .

Do tradycji wielkanocnej ma się to nijak , ale wszyscy ochoczo intonowaliśmy po rosyjsku , tym bardziej , że wszyscy radzimy sobie w tym języku , łącznie z młodym pokoleniem . Niejako zdziwieni sytuacją powstałą ad hoc , popatrywaliśmy na siebie pytająco , by w końcu porzucić ewentualną niepewność i rozpuścić płuca na całego . Po dwóch , trzech kawałkach byliśmy tak wkręceni w wokalne występy , że bez mała , mogliśmy śpiewać na głosy solo .

Wielkanocna rodzinna integracja była na tyle absorbująca , że chyba skutecznie zagłuszyła  moje rozczarowanie wyjazdem sobotnim do rodzinnego miasta . Myślałam , że powiększę swój stan posiadania w kwestii rodziny  o odzyskaną po latach siostrę mojej Mamy , niestety , nie stało się tak ...

 

Posłuchajcie , czyż to nie piękne ?

http://www.youtube.com/watch?v=lewjWBHsJX0

 


czwartek, 05 kwietnia 2012

 

Wyjadę jutro w nocy .

Wyjdę z pustego domu , nie pożegnana  , nie przytulona , nie pocałowana . M.będzie na dyżurze .

Wrócę w sobotę w nocy i padnę przy nim na resztę ciemności za oknem , a gdy rano się obudzę w świąteczny , niedzielny ranek , jego znowu nie będzie ...

Myślałam o tej nieustannej przeplatance dziś w nocy . Przedziwnej kompilacji tęsknoty , egoistycznego , leniwego  zadowolenia i ledwie uświadamianej irytacji , że życie mi schodzi na Braku . Myślałam o tym , wsłuchując się w oddech M. , czując pod swoim udem drgnienia mięśni jego nogi . Wędrowałam lekkim dotykiem , rozpoznając znajome niedoskonałości skóry , tu pieprzyk , tam blizna na prawej piersi ...

Noc kieruje myśli w nieoczekiwane rewiry . Zaczęłam sobie wyobrażać , jaka byłaby reakcja M. gdybym nie wróciła ...? On , zawsze wyważony , opanowany , skryty - czy cierpiałby , jak cierpiałby ...? Półsenne dywagacje rozmywały się w uścisku ramion śpiącego mężczyzny .

Dużo mi nie powie . Dziś wieczorem weźmie moje auto , pojedzie na stację , zatankuje do pełna , sprawdzi olej . A w sobotę od wczesnego ranka będą mnie gonić po Polsce jego smsy . W nich powie więcej . Wiem to .

 


poniedziałek, 02 kwietnia 2012

 

...z którą wiąże mi się masa dobrych wspomnień z dzieciństwa i wczesnej młodości , miała zawał serca w sobotę .

Dobre wspomnienia urwały się w momencie mojego zamążpójścia , które jakoś tak w przedziwny sposób całą rodzinę zreorganizowały na nowo w nieoczekiwany , chory sposób .

Zbyła milczeniem moje małżeńskie przejścia , również rozwód i to , co po nim .

Teraz mnie wzywa.

Jadę . Wyjeżdżam w piątek między trzecią a czwartą rano i nakręcam na koła trzysta siedemdziesiąt kilometrów w jedną stronę . Potem , korzystając z bytności w mieście moim rodzinnym , sprzątam i rozświetlam płomyczkami groby babci i rodziców . I rzucam się w drogę powrotną gdzieś koło szesnastej .

 

Już mnie zaczyna zżerać stres .

 


środa, 28 marca 2012

 

Moje "ja" leży sobie spokojnie na gałęzi i majta ogonem pozostającym w zwisie swobodnym .Gałąź jest bogato ulistniona , mocna , wygodna i roztacza się z niej wspaniały widok na zalaną słońcem okolicę . Drapieżników brak , więc moje "ja" przymyka z lubością oczy i wsłuchuje się w szmer listowia .

Moje "ja" nie chce przyjąć do wiadomości , ze znowuż jakieś święta nadchodzą i trzeba z tej gałęzi zleźć  i konstruktywnie to i owo zaplanować .

Póki co , okna są pomyte i dojrzewa we mnie pomysł na stroik świąteczny , do którego potrzebować będę kilka malutkich buteleczek . Trzeba je gdzieś kupić. Co na to moje "ja" ... ?Ostatecznie mogę poprzestać na skorupkach jajek , w których wyrośnie sobie rzeżucha i inne fajne zieloności , zieloności , zieloności ...

Słyszę brzęczenie najprawdziwszej pszczoły . Mąci ono niedoprecyzowaną wizję sernika , cygana , strucli , tudzież może  ... mięska jakiegoś ...?

Finezyjny trel kosa uspokaja nagłe poruszenie i chaos w moich myślach . Moje "ja" nadstawia drugi policzek pod pieszczące słoneczne ciepło .

Tak tu zacisznie i ciepło na tym tarasie , na rozłożonym leżaczku ....

 


niedziela, 25 marca 2012

 

 

… i wszyscy , w tym M. pogrążeni są w swym spokojnym oddychaniu , ja wkładam dresik , adidaski  i biegnę sobie przez uśpione domkowo w kierunku pól .

Nie robię tego często , ale zdarza mi się , szczególnie w wiosenne i letnie dni . Akumuluję rześkość powietrza , zapach ziemi , rejestruję pierwsze zapowiedzi słońca na niebie , zmieniający się poziom mgieł . Wszystko to pozostaje w pamięci , gdy lenistwo lub szarość i czerń za oknem skutecznie zniechęcą do wyjścia .

Takie polatanie sobie bladym świtem ma też wartość terapeutyczną . Mogę sobie na spokojnie przemyśleć sobotnie spotkanie z bardzo wymagającymi znajomymi  i  ucieszyć się , że już po , wysiłkiem mięśni rozładować stres związany z niedzielnym  , towarzysko-biznesowym spotkaniem  z prawnikiem , w sprawach M.  Mogę też zabiegać na śmierć niechęć do pewnego młodego , zakolczykowanego człowieka  , od jakiegoś czasu zaistniałego w życiu Kasi …

Wybiegam z domkowa w pola , drogą , którą chodzę na spacery z psami . Tym razem mam przy sobie komórkę i widok , który widzę , gdy patrzę z oddali na swoje osiedle , nastraja mnie artystycznie . Chcę uwiecznić , budzące się słońce , podnoszące się obłoki mgły … i chcę Wam to pokazać . Zupełnie nie wiem , czy mi się to uda , a  moment dodania fotek  zbliża się nieuchronnie . Po szeroko zakrojonych , porannych konsultacjach z moją córką , mniej więcej wiem , jak to zrobić . Mniej więcej .


W okolicach malowniczej wieży ciśnień stoi mój dom , w którym spokojnie sobie śpi M. i pojęcia nie ma , że mnie nie ma …

A to jest strumyk , w którym moje psy uwielbiają brodzić w upalne dni i wtedy wracają ze spaceru ociekające wodą , ukurzone , upieszczone i nieziemsko szczęśliwe .


 

czwartek, 15 marca 2012

 

Wierzę , wierzę ,że będzie tak , jak mówią w prognozach wdzięcznie uśmiechnięte i dopracowane pogodynki tudzież szołmen Zubilewicz i wyż Guliwer zmierzający z Francji dopieści mnie ciepełkiem już w ten weekend .

M. ma dyżurową dwudniówkę sobotnio-niedzielną , a ja zbojkotuję cotygodniowy obiad u sistarsów , w domu też nic nie ukucharzę . Całą sobotę spędzę przy rekultywacji terenów zielonych , wykonując prace typu"w domu i w zagrodzie" - w tym wypadku tylko w zagrodzie . Będę grabić , zbierać , wyrywać , przycinać , siać , wsadzać i przesadzać . W międzyczasie rozwieszę ze dwa prania na ogrodowej suszarce i będę wdychała  przywiane wiaterkiem aromatyczne drobiny płynu do płukania marki Silan .

Potem - pewnie to będzie późne popołudnie - zrobię sobie gorącą kąpiel , umyję włosy i zmyję swoje karminowe ( ostatnio się doładowuję czerwienią na pazurkach ) zdewastowane paznokcie . Wskoczę w świeżo wyprany , pachnący powietrzem dresik , zrobię sobie aromatyczną herbatę , a potem zaanektuję kanapę z ciastem czekoladowym z wiśniami na talerzyku ( acha - czyli jednak będę musiała ukucharzyć wcześniej ) i książką w ręku ...

We wsi powiadają, że grille odpalać w weekend będą . 

Nareszcie !!!

 


wtorek, 13 marca 2012

 

Tym razem optymistycznie .


Siedzę sobie sama w tę noc - klasyka tematu , ale oczywiście ,  nie stąd ten optymizm . Oświeciło mnie , że właśnie mija rok od dnia , w którym zamieściłam pierwszy wpis na swoim blogu .

Pamiętam swoje wahanie ,niepewność , rozważanie , czy nie usunąć postu już opublikowanego , dziwnie obcego , żyjącego swoim wirtualnym życiem na ekranie laptopa .

Pamiętam swoją lekką panikę , gdy zaczęły pojawiać się pierwsze komentarze i swoją nieporadność w poruszaniu się w labiryncie blogosfery .

Nie żałuję ... Może tego , że tak późno się zdecydowałam .

Polubiłam w tym zakątku wiele osób , wiele blogów poruszyło mnie swoją literackością , poetyką , zaskoczyło skojarzeniami , zachwyciło humorem . Weszłam w Waszą codzienność i poczułam się w niej , jeśli nie domownikiem , to mile widzianym gościem . Z trzema osobami nawiązałam kontakt prywatny , owocujący wyższymi rachunkami za telefon ;)

 

Zaczynam serialu sezon drugi :)))

 


poniedziałek, 12 marca 2012

 

To lekka , nieszkodliwa , ale jednak fobia M.

Jego mama , ojciec i siostra matki zmarli dokładnie tego dnia , choć w różnych latach . Niesamowite .

Byliśmy wczoraj na cmentarzu , dzień był nasycony słońcem . Staliśmy podziwiając stroik z żółtych róż , który wyszedł mi  nadzwyczaj pięknie . Wystawialiśmy twarze na grzejące promienie . Było cicho , pusto i tak jakoś nierealnie . 

M. trzymał mnie za rękę . Mówił , że się boi tej daty . Ja też .

 


 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Mój piesek darmowy hosting obrazków 2012 już za:|2012 już ma: